Gdyby ktoś ponad 10 lat temu powiedział mi, że debiutujący wówczas Iron Man rozpocznie multikulturową opowieść, która z czasem z nieśmiało dreptającego filmu o geniuszu naukowym zakładającym metalową zbroję zamieni się w popkulturową sensację pędzącą przez kolejną dekadę z szybkością rollercoastera, pewnie bym się puknął w czoło. W końcu już wielu próbowało rozpowszechnić historie o superbohaterach, mieliśmy Supermana, mieliśmy Batmana, mieliśmy kiełkującą opowieść o X-Menach, jednak to nie wystarczyło, czegoś brakowało by dokonać przełomu. On w końcu nadszedł właśnie wraz z opowieścią o Iron Manie trwającą do dnia dzisiejszego, dnia w którym do kin wszedł Avengers: Endgame by tą oraz inne historie epicko i godnie zakończyć. Recenzja bez spojlerów!
Krajobraz po katastrofie
Kapitan Ameryka, Iron Man, Czarna Wdowa i reszta mścicieli, co tu dużo mówić, naszych bliskich przyjaciół, z którymi wspólnie przeżywaliśmy każdą kolejną przygodę, kolejny raz wyruszają w podróż, nie tylko w obronie ludzkości ale i własnych wartości, pokrzepieniu serc i odnalezieniu sensu życia po katastrofie, która przypominała mi sceny z serialu Pozostawieni. Thanos pstryknął palcami, unicestwiając 50% populacji ludzi, deal with it. Bohaterowie muszą sobie poradzić z traumą jaka zrodziła się w związku z tym wydarzeniem.
O samym filmie nie można mówić jako o pojedynczym tytule, ale przez pryzmat całej dekady, w której to powstało multum produkcji traktujących o superbohaterach wkładających obcisłe wdzianka. Dlaczego? Bo film braci Russo łączy wszystkie dotychczasowe opowieści w całość, pięknie jest spaja i z gracją konkluduje w epickim zakończeniu nie pozostawiając widza z uczuciem niedosytu. Podczas gdy każdy poprzedni film o drużynie Kapitana Ameryki, prócz Infinity War, mówił nam wprost, że naszym ulubionym bohaterom nigdy nic złego stać się nie może, niezależnie od potęgi głównego antagonisty, niezależnie od tego ile razy upadną, ile razy będą cierpieć to i tak zawsze dobro pokona zło, tak już przedostatni film zamykający 3 fazę Marvel Cinematic Universe stosuje zagrania zgoła inne, wprawiając widza w osłupienie.
Miks wszystkich możliwych emocji jakie mogą towarzyszyć człowiekowi
Bohaterowie przygotowują się do walki ostatecznej, która nabiera podniosłego znaczenia. Tutaj już nie będzie standardowego schematu, w którym to protagoniści pomimo kilku porażek i tak zwyciężają nie ponosząc żadnych strat. Avengers: Endgame bawi się konwencją, fabuła raz zwalnia, po to aby ukazać trochę intymności w stosunku do historii jakie na barkach niesie każdy z Avengersów, by później znacząco przyspieszyć i wykonać niesamowity zwrot akcji. I tak na okrągło. Będąc w kinie co rusz na sali wybrzmiewały pełne napięcia ochy, by później przerodzić się w euforyczne achy. Nie brakowało też motywów komediowych, swoistego puszczania oka, przez twórców, do fanów, przy których wszyscy wybuchali gromkim śmiechem.
Był też płacz, smutek i niedowierzanie. To był cholerny miks wszystkich możliwych emocji jakie mogą towarzyszyć człowiekowi. Bracia Russo dokonali niemożliwego przenosząc film o superbohaterach w nowy wymiar doznań, tworząc finalną opowieść, która jest jednocześnie zabawna, trzymająca w napięciu, ale i podniosła i niezwykle dojrzała. Przypomina mi to jeden z moich ulubionych filmów z serii X-Men, a więc Logan: Wolverine, w którym to reżyser James Mangold zahipnotyzował widza nie dając choć na chwilę oderwać wzroku od ekranu. Bracia Russo w swym nowym tytule uczynili dokładnie to samo. Wielkie brawa!
Intymny obraz kształtujący historie poszczególnych bohaterów
Mając w świadomości fakt, że najnowsi Avengersi są swoistym zwieńczeniem historii jaką dotychczas znaliśmy, postacie pierwszoplanowe, ich odczucia, nabrały dość osobistego charakteru. Niezastąpiony Chris Evans, grający Kapitana Amerykę, znów pokazał klasę dając wszystkim do zrozumienia, że nikt inny nie mógłby zastąpić dumy Ameryki. Scarlett Johansson w roli Czarnej Wdowy, zagrała świetnie, choć z lekkimi potknięciami. Jej postać jest poważna i pełna motywacji do działania, chce nieść pomoc, jest zdeterminowana. Wielkie brawa należą się Jeremiemu Rennerowi, wcielającemu się w postać Hawkeye’a, który, co bardzo mnie ucieszyło, dostał w filmie więcej niż przysłowiowe 5 minut czasu. Jego postać, kochającego rodzica i oddanego męża, przez pryzmat wydarzeń jakimi zakończył się poprzedni film, nabrała nowego wymiaru. Niestety, ale Mark Ruffalo grający Bruce’a Bennera/Hulka dostał, w moim odczuciu, dość spłyconą rolę dwornego komedianta, którego głównym zadaniem miało być zabawianie wszystkich dookoła. Szkoda, bo to koniec końców błyskotliwy naukowiec, który wniósł wiele do całej opowieści trwającej już przecież tyle lat. Nie mógłbym również zapomnieć o ikonicznym już Iron Manie, w tej roli oczywiście Robert Downey Jr., który swym sarkazmem oraz trzeźwym, wręcz cynicznym myśleniem, ożywił dialogi.
Magia fanów dzięki, którym uniwersum Marvela po prostu żyje i żyć będzie jeszcze długo
Utworowi, w związku z wykorzystaniem pewnych zabiegów, o których oczywiście powiedzieć nie mogę, nie zabrakło kilku luk logicznych, które na pewno będą analizowane przez wiele portali, klatka po klatce, a które zrodzą wiele świetnych dyskusji. Magią tego wszystkiego jest jak wiele osób dyskutuje o filmach Marvela, o każdej możliwej scenie czy też subtelnych wstawkach stanowiących hołd wobec fanów. Z Avengers: Endgame nie będzie inaczej, o tym filmie będzie się mówić jeszcze długi czas.
Muszę przyznać, że wszystkie sceny CGI, a więc te wygenerowane komputerowo stały na najwyższym poziomie, co nikogo nie powinno dziwić, wszak świetne efekty specjalne już dawno stały się synonimem filmów z uniwersum MCU, bez których opowieść nie byłaby tak widowiskowa i oszałamiająca. W nowym filmie braci Russo mamy wszystko co potrzeba by powiedzieć, że spece od efektów specjalnych spisali się na medal. Ostateczna bitwa jest jedną z najbardziej epickich scen jakie widziałem na ekranach kin, to po prostu trzeba obejrzeć na własne oczy, najlepiej w kinie.
Nie mógłbym zapomnieć również o muzyce, która to wręcz spaja się z filmem serwując nam, w chwilach podniosłych, znane wszystkim utwory, bez których tytuł nie mógłby istnieć. Warstwa dźwiękowa dla uniwersum MCU stała się tym czym dla, chociażby, Gwiezdnych Wojen jest motyw otwarcia, a więc jej integralną częścią. Wielkie brawa!
Avengers: Endgame jest tym dla MCU czym Powrót Króla dla Władcy Pierścieni
Gdy jeszcze 10 lat temu ekrany kin bały się zabierać widza w odległe krainy, galaktyki i zakątki kosmosu, a filmy o superbohaterach było stosunkowo zachowawcze tak już po ponad dekadzie nasze umysły są bombardowane opowieściami, które pozwalają nam uwalniać niezliczone pokłady wyobraźni. Wyobraźni, która zabiera nas w podróż po zakątkach wszechświata, wypełnionego niezliczoną ilością ras zamieszkujących niezliczoną ilość planet. Marvelowy Dom Pomysłów pozwala nam, dorosłym, wyzwolić w sobie duszę dziecka, która pożera wzrokiem każdy kolejny niesamowity film z ich uniwersum. Piękne jest to jak człowiek potrafi stworzyć, koniec końców, zupełnie wymyśloną historię i poruszyć serca milionów ludzi, którzy tą historią zaczynają żyć, a która niestety w końcu kiedyś musi się skończyć, bo przecież nic nie trwa wiecznie.
Film oceniam na 9/10 i zachęcam każdego do jak najszybszej wizyty w kinie!