Motywów survivalowych w filmach było jak dotąd wiele, widzieliśmy już walczącego z oceanem Roberta Redforda we Wszystko Stracone czy też Toma Hanksa w Cast Away Poza Światem. Utworów z motywem wszechobecnego śniegu w tle też nie brakuje, choćby świetne Pomiędzy Nami Góry z Idrisem Elbą i Kate Winslet. Takiego filmu jak Arktyka, nie było jeszcze nigdy.

Arktyka nie była jeszcze nigdy tak obecna na ekranie

Debiutancki pełnometrażowy film Joe Penny przenosi nas w ekstremalne warunki panujące w tytułowej Arktyce. Już od pierwszych kadrów reżyser dobitnie nakreśla sytuację bohatera, który to mozolnie wykopuje kamienie ze ścieżki. Kolejny kadr pokazuje, że to nie była ścieżka, a ogromny napis SOS wyryty w śniegu. Obraz porusza się dalej ukazując rozbity samolot, dodajemy dwa plus dwa i już wiemy, że bohater jest w tarapatach, a my zapewne będziemy śledzić jego walkę o przetrwanie. W kolejnych kadrach widać proste choć wyuczone czynności – łowienie ryb na prowizorycznych wędkach, badanie terenu wokół miejsca katastrofy. Protagonista ze stoickim spokojem stara się przetrwać w niesprzyjających warunkach Arktyki.

Bohater rozpoczyna osobistą walkę o przetrwanie nie tylko z otoczeniem, ale i z samym sobą, tak ekstremalne warunki wymagają nie lada silnej woli. Reżyser w dojrzały sposób buduje napięcie, film płynnie z dramatu przechodzi w emocjonalny thriller, by wzbudzić w widzu cały wachlarz emocji zaczynając od zaciekawienia, po zaniepokojenie, smutek, na niedowierzaniu kończąc. Bohater szybko zaskarbia serce widza, a sytuacje z jakimi się spotyka zaczynają wzbudzać gniew, kibicujemy mu i wierzymy, że w końcu nadejdzie happy end.

To dlaczego samolot się rozbił jest nieistotne, teraz liczy się tylko przetrwanie

Nie wiemy kompletnie nic o rozbitku bądź okolicznościach katastrofy samolotu, którym leciał. Obraz nie zdradza zbyt wiele, a reżyser w zręczny sposób daje nam do zrozumienia, że wiele wątków jest po prostu nieistotnych. Penna stara się przykuć naszą uwagę do drobnych niuansów w zachowaniu rozbitka oraz jego poczynań kompletnie pomijając historię jaka się kryje za całym zdarzeniem. Teraz liczy się tylko przetrwanie. Reżyser zdaje się ufać widzowi, że ten nie potrzebuje znać całej historii by czerpać z utworu satysfakcję, ta estetyka jest widoczna przez cały seans.

Arctic, Mikkelsen, recenzjaMads Mikkelsen staje na wysokości zadania spisując się doskonale w roli człowieka walczącego o przetrwanie. Dobitnie pokazuje, że tego typu rolach sprawdza się wzorowo. Jego gesty oraz mimika twarzy przekazują widzowi o wiele więcej niż niejedna filmowa narracja. Wypowiedzi aktora możemy policzyć dosłownie na palcach jednej ręki, ale czy to przeszkadza w odbiorze filmu? W żadnym wypadku. Reżyser rozumie potęgę obrazu i zręcznie montując sceny oraz zbliżenia kadru daje widzowi więcej niż mogłoby się wydawać.

Dramat z krwi i kości polany survivalowym sosem

Krajobraz mroźnej Arktyki już od pierwszych scen mrozi krew w żyłach, od samego patrzenia na bezkres śniegu człowiekowi robi się tak nieprzyjemnie zimno, a kubek gorącej herbaty i koc zdaje się być jedynym możliwym ratunkiem. Efekty dźwiękowe sprawiają, że świszczący wiatr wprost wydobywa się z ekranu TV. Sceny przypominają nieobrobione zdjęcie, są surowe i autentyczne, reżyser niczego nie koloruje i pokazuje swój film takim jaki być powinien. To dramat z krwi i kości polany survivalowym sosem, który pokazuje, że to wcale nie człowiek jest Panem i Władcą, ale surowy klimat wyprany z jakichkolwiek emocji.

Dawno nie oglądałem filmu, który tak przykuł moją uwagę i mógłbym śmiało powiedzieć, że śledziłem losy bohatera starając się nie przesadnie nie mrugać by nie przegapić żadnego wymownego momentu. Tutaj warto zauważyć, że to jeden z tych filmów, który doskonale ogląda się tylko wtedy gdy faktycznie się na nim skupimy, a ja śledząc losy biednego Mikkelsena zapomniałem o Bożym świecie.

0 0 votes
Oceń Post
Subscribe
Powiadom o

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments