Stranger Things powraca z ciekawą historią, podróbką Terminatora, świetnym CGI i… sowietami. Czy z tego szalonego miksu wyszło coś lepszego niż dwa poprzednie sezony? Otóż tak! Kolejna historia, oczywiście pod patronatem braci Duffer, wprowadza cięższy klimat wymieszany z kiczem lat 80tych, a to wszystko ogląda się wyjątkowo dobrze.
Dzieciaki, tym razem już odrobinę bardziej dojrzałe, znowu w akcji
Pierwszy sezon jednego z flagowych tytułów ze stajni Netflixa urzekał świetną muzyką i historią w stylu Super 8 Stevena Spielberga. Grupka dzieciaków będących świadkami zdarzeń nadprzyrodzonych walcząca ze złem by uratować świat. Wszystko to stylizowane na szalone lata 80′ nadające uroku całej produkcji. W drugim sezonie zaś bracia Duffer, idąc tokiem myślenia ’więcej tego samego’ dostarczyli nam historię dość podobną, ale już bardziej napakowaną akcją i cliffhangerami.
Czekając na trzeci sezon przygód grupki dzieciaków walczących z obcymi nie bez powodu bałem się, że kolejny raz dostaniemy tą samą historię, ale opowiedzianą w inny sposób. Pewnie tak by się stało gdyby nie fakt, że do gry tym razem wkroczyli sowieci. I tak w 1984 roku grupa komunistów postanawia powtórzyć wyczyn amerykańskich naukowców próbując otworzyć lukę w głębi ziemi by ponownie wyciągnąć z niej coś co przypomina miks Slender Mana z Szelobą. Jaki to ma związek ze Stranger Things? A no taki, że komuniści pojawiają się w każdemu znanym miasteczku Hawkins.
Ahh te ciarki na szyi
Historia odżywa na nowo i to w samym sercu lata, które to każdy z bohaterów spędza na swój sposób. Dustin (Gaten Matarazzo) wraca do Hawkins po miesięcznym pobycie na obozie naukowym, na którym poznaje miłość swojego życia. Mike (Finn Wolfhard) oraz Nastka (Millie Bobby Brown) zauroczeni sobą spędzają większość czasu razem tuż obok wściekłego na całą sytuację Hoopera (David Harbour). Nancy i Jonathan pracują w lokalnej gazecie, ona odbywa staż, on spędza większość czasu w ciemni wywołując zdjęcia. Dla wszystkich lato mija leniwie i bez większych odchyłów od normy, wszystkich prócz Willa (Noah Schnapp), który zaczyna odczuwać niepokój, a gęsia skórka pojawia się na jego szyi. Tylko dlaczego? Przecież świat uratowany, potwór wrócił do swojej podziemnej nory i wszystko powinno być ok prawda?
Opowieść zaczyna nabierać rumieńców, choć rozwija się powoli przypominając dobry thriller, klimat z odcinka na odcinek zagęszcza się, powoduje u widza uczucie niepokoju, pojawiają się świetne cliffhangery. Otrzymujemy historię o wiele dojrzalszą niż poprzednie dwa sezony, nic dziwnego, główni bohaterowie dojrzali, a my razem z nimi. Pojawiające się zagrożenie buduje napięcie, a warstwa efektów specjalnych doprowadzona jest do perfekcji; wygląd potworów zaś wywołuje dreszczyk emocji, czyli coś co lubię w tego typu serialach najbardziej.
Kicz lat 80’ i ruski Terminator
Bracia Duffer w mistrzowski sposób wykorzystują elementy żywcem wyciągnięte z dobrze znanego kiczu lat 80′ Widzimy otwarcie pierwszego w mieście centrum handlowego, radosne zakupy, napakowane torby do bólu kolorowych ciuchów z muzyką z Material Girl Madonny w tle. Twórcy z premedytacją wykorzystali też jeden z kasowych hitów kina akcji ówczesnych czasów i tak mamy tutaj rosłego Rosjanina wyglądem i sposobem zachowania do bólu przypominającego Terminatora granego przez Arnolda Schwarzeneggera.
Bohaterowie rozbijają się na cztery mniejsze grupy i wraz z rozwijającą się fabułą starają się rozwiązać kilka choć całkowicie odmiennych spraw to mocno powiązanych z dziwnymi wydarzeniami jakie zaczynają zachodzić w mieście. W wielkim finale znów łączą się w jedną grupę by kolejny raz stawić czoła złu. Fajne jest to, że podejście do fabuły zmieniło się zgodnie z upływającym czasem, dzieciaki przecież też dojrzewają, zaczynają ich interesować inne rzeczy i to zostało bardzo dobrze pokazane w trzecim sezonie. Zmiany w postrzeganiu przez nich świata, odmienne rzeczy, które zaczynają ich interesować prowadzą też do lekkiego rozłamu grupy i niesnasek, no nie ma lekko.
Dobrze nam znany synthwave to już wizytówka serialu
Trzeci sezon Stranger Things w zupełności nie istniałby gdyby nie świetna muzyka, doskonale dobrany synthwave oraz głośne kawałki lat 80tych idealnie wpasowują się w lekko kiczowaty styl samego serialu. Muzyka dodaje klimatu i produkcja wiele by ucierpiała gdyby tych składanek tam zabrakło.
Niestety, ale nie wszystko mi się podobało, aż tak różowo być nie może. Niektóre z poprowadzonych wątków mogłyby zwyczajnie nie istnieć, a relacja budowana pomiędzy Joyce Byers, a Jimem Hooperem, jest tak sztuczna i niepotrzebna, że serial wiele by nie stracił gdyby ta para przez połowę sezonu nie wypełniała czasu antenowego licznymi do bólu głupimi gagami. Pomijając ten fakt sam sezon zrobił na mnie piorunujące wrażenie, klimat, muzyka, poprowadzona fabuła, relacje pomiędzy bohaterami, to wszystko przedstawione zostało wręcz perfekcyjnie. Sam finał wydawałby się idealnym zamknięciem historii, gdyby nie fakt, że Bracia Duffer, tak jak zapowiedzieli już wcześniej, szykują nam czwarty i zarazem ostatni sezon. Jestem szalenie ciekaw co tym razem przedstawią w swoim dziele, które dzięki najnowszemu sezonowi z powodzeniem może wrócić na listę najciekawszych produkcji Netflixa!
Oceniam na 9/10!