Są takie rzeczy, które wspomina się z uśmiechem na ustach przez całe życie, chwile, których nikt nie jest nam w stanie zabrać, przy których uśmiechamy się jak jacyś nienormalni. Takim momentem, który zapada na długo w pamięci będzie… kolejny seans Mandalorianina 🙂 i może jest jeszcze za wcześnie na tak odważne słowa, ale moim zdaniem, ten serial, już teraz prezentuje nam Gwiezdne Wojny na jakie czekaliśmy od czasów oryginalnej trylogii.
Kompan tytułowego protagonisty skrywa szalenie intrygującą tajemnicę
Tytułowy Mandalorianin (Pedro Pascal) kontynuuje swą podróż, tym razem starając się odprowadzić swą zdobycz do zleceniodawcy i to w jednym kawałku. O kompanie głównego bohatera nie wiemy kompletnie nic, prócz tego, że bardzo przypomina jednego z ikonicznych postaci z dwóch poprzednich trylogii, oraz tego, że włada… Mocą.
Pustynny lud Jawów
Mandalorianin wracając do swojego statku, Razor Crest’a, spostrzega grupę Jawów, pustynnych stworów przypominających zakapturzone crittersy z serii filmów Stephena Herek’a , o czerwonych płonących ślepiach. Tą samą rasę mogliśmy już spotkać w oryginalnej trylogii gdy to styczność mieli z nimi C3PO i R2D2. Rasa Jawów radośnie rozbiera statek głównego bohatera pakując części do swojego środka transportu, a więc ogromnej kupy złomu, którą również mogliśmy spotkać w oryginalnej trylogii.
Bohater stara się dogadać z pustynnym ludem by Ci oddali mu połowę jego statku, bo koniec końców chce odlecieć z planety i udać się, wraz ze swoją zdobyczą, do zleceniodawcy w celu odebrania nagrody. Niestety nic w świecie Gwiezdnych Wojen nie jest proste, a ciąg przyczynowo skutkowy wpakowuje głównego bohatera prosto w sidła przeraźliwego stwora. W obliczu niechybnej śmierci Mandaloriana ratuje… jego własny łup. Przy użyciu telekinezy wznosi potwora w powietrze dając głównemu bohaterowi czas na reakcje. Scena uświadamia nam, że ta postać odegra kluczową rolę w dalszych odcinkach. Muszę szczerze przyznać, że nigdy tak mocno nie intrygowała mnie żadna z postaci Gwiezdnych Wojen (nie licząc Imperatora) jak ta o której wspomniałem teraz.
Czuć magię Gwiezdnych Wojen, z tej mąki będzie chleb i to doskonały
Humorystycznych scen w drugim odcinku nie brakuje, mógłbym powiedzieć, że mamy ich nawet i nadmiar. Po skończonym seansie miałem ochotę podejść do scenarzysty, Jon’a Favreau oraz reżysera Rick Famuyiwa i im osobiście pogratulować uczynienia z pierwszego serialu live action w uniwersum Gwiezdnych Wojen tak dobrego widowiska w dodatku okraszonego sporą dawką świetnego humoru. Czuć tutaj magię uniwersum, przeróżne gagi dają tę unikalność, powraca kicz lat 70tych, to po prostu musiało się udać.
Drugi odcinek przypomina bardziej kameralne oblicze Gwiezdnych Wojen, takie których nie sposób spotkać w filmach tytułowego uniwersum. Nie sposób znaleźć w nim epickich bitew pomiędzy Imperium, a rebeliantami, czy też walki dobra ze złem. Znajdziemy tu za to niuanse życia łowcy nagród, który stara się wykonać swoją robotę jak najlepiej potrafi w dodatku w otoczeniu niepowtarzalnych stworów i ras jakie są częścią niesamowitego świata Gwiezdnych Wojen.
Główny bohater, którego zaczynam lubić coraz bardziej
Zdjęcia ukazujące pustynne tereny planety Arvala – 7 wyszły bardzo dobrze, reżyser pokazuje część ujęć w mocnym przybliżeniu, po to by później przenieść akcję na dalszy kadr, gra świateł oraz głębi pola to istny majstersztyk, który ze świecą szukać w innych serialowych produkcjach. Główny bohater zaś powoli prezentowany jest światu, jego kwestie są surowe i lakoniczne, choć z każdym wypowiadanym słowem jesteśmy gdzieś bliżej poznania jego natury. Nigdy nie rozstaje się z bronią, bo jak sam mówi jest to część jego religii, z dbałością konserwuje i dba o własny sprzęt oraz wydaje się być postacią honorową.
Wątek fabularny pcha nas w nieznane, bohater odlatuje z pustynnej planety by jak mniemam oddać swoją zdobycz w ręcę zleceniodawcy. Czy tak się stanie? Co się wydarzy po drodze? Tego niestety nie wiem a fakt, że będę musiał poczekać cały kolejny tydzień, żeby się tego dowiedzieć przeraża mnie niezmiernie…
Świetna recenzja, podoba mi się Twój lekki styl pisania, łatwo się czyta!