Pierwsza od wielu lat przygodowa gra w uniwersum Star Wars budziła we mnie ogromne nadzieje na kolejną świetną serię gier z mojego ulubionego świata zaraz po Jedi Outcast i Force Unleashed. Twórcy zrobili wszystko aby w trailerach gra wyglądała jak połączenie Uncharted i Tomb Raidera w jednym. To miała być produkcja o wartkiej akcji, świetnej fabule, pięknej grafice i dobrym gameplay’u. Czy EA udało się wydać dobry i zapadający w pamięć produkt? NIE. Czy daje on nadzieje na świetną serię przygód o rudym padawanie, który pragnie odbudować zakon Jedi? TAK 🙂
Młody padawan z aspiracjami na Rycerza Jedi, który znalazł się w złym miejscu o złym czasie
Gra opowiada historię młodego padawana, Cala Cestisa ( w tej roli postać grana przez Cameron Monaghan 'a, znanego z roli Jokera w serialu Gotham) ukrywającego się przed dopiero co powstającym Imperium Galaktycznym. Tłem wydarzeń jest czystka Jedi dokonana przez klony za pośrednictwem Rozkazu 66, w okresie poprzedzającym czas akcji Nowej Nadziei. Bohater ukrywa się na Bracce, planecie umiejscowionej w środkowych rubieżach, pracując na… wielkim złomowisku statków Starej Republiki oraz Imperium Galaktycznego.
Historia szybko pcha nas do przodu, do głównego wątku wprowadzona zostaje żądna śmierci wszystkich pozostałych przy życiu niedobitków Jedi inkwizycja dowodzona Darth Vadera. Przez pierwszą godzinę jesteśmy raczeni niesamowitą akcją, świetnymi cut-scenkami oraz dobrym wprowadzeniem bohaterów. Uncharted w świecie Gwiezdnych Wojen? Tak, ale przez pierwsze 2 godziny, później niestety jakość leci w dół po linii pochyłej. Główny bohater niesiony chęcią odbudowy Zakonu Jedi spotyka na swojej drodze kilka osób starających się mu pomóc w odnalezieniu mapy wszystkich dzieciaków wrażliwych na moc. Brzmi ciekawie? Oczywiście, że tak. Czy wyszło to dobrze? Niestety nie do końca.
Piękne i różnorodne planety mniej lub bardziej znane fanom sagi
Podczas gry możemy swobodnie poruszać się po kilku planetach mniej i bardziej znanych fanom sagi. Mamy tutaj zaatakowany przez Imperium Kashyyyk, pustynną Dathomirę, ojczyznę sióstr oraz braci nocy, a w tym samego Darth Maula doskonale znanego wszystkim z Mrocznego Widma, czy też wprowadzone na potrzeby gry bagniste Bogano. Fauna i flora każdej z planet jest różnorodna i stoi na bardzo wysokim poziomie, grafika jest piękna, dodaje niezwykłego uroku samej grze, widać, że przejście na mniej problematyczny UE 4 wyszło twórcom na dobre. Bohater porusza się po świecie bardzo zwinnie, wdrapuje się po skałach, biega po ścianach, skacze po linach, rozgrywka jest dynamiczna i w niewielkim stopniu przypomina tą z serii Uncharted czy też Tomb Raider.
Niestety, ale eksploracja kolejnych planet po czasie staje się niezwykle schematyczna i monotonna, na każdej z nich znajdują się bowiem storm trooperzy Imperium, tudzież okoliczne mniej lub bardziej paskudne zwierzaki, które… pojawiają się za każdym kolejnym razem w tym samym miejscu jak tylko zapiszemy grę w przypominających ogniska z Dark Souls miejscach. Jest to świadome porównanie, bo gra bardzo dużo czerpie z soulsów oraz co brzmi nieprawdopodobnie – metroidvany. Planety składają się na etapy, które odblokowują się dopiero gdy bohater posiądzie dodatkowe moce nabywane w ciągu gry, takie jak podwójny skok czy też wspinanie się po wystających kamieniach. Gdy tylko dotrzemy do naszego celu, znajdującego się daleko w głębi planety musimy jeszcze radośnie wrócić na statek umiejscowiony oczywiście na jej drugim końcu. I gdyby jeszcze twórcy stworzyli swego rodzaju skróty znane z serii Uncharted, niestety nic z tych rzeczy, musimy wracać, niemalże tą samą drogą (nie licząc kilku małych skrótów) na nasz statek.
Metroidvana w grze AAA? Niestety coś tutaj nie zadziałało…
Sam backtracking, bo tak się taki styl gameplay’u nazywa, nie byłby taki zły gdybyśmy nie musieli odwiedzać tych samych planet po kilka razy i wciąż widzieli to samo. Nie zgodzę się z innymi recenzentami mówiącymi o tym, że przecież po drodze mogliśmy dogłębnie zbadać całą mapę oraz znaleźć wszystkie skrzynie ze skarbami, może dla kogoś kto lubi latać bez celu i nabijać godziny to świetna sprawa, niestety nie dla mnie. Grę ratuje fakt, że pomiędzy tym bzdurnym zwiedzaniem tych samych lokacji i zabijaniem tych samych przeciwników pojawiają się przerywniki filmowe wtłaczające do gry powiew świeżości. W między czasie również uczestniczymy w świetnych retrospekcjach głównego bohaterach, w których to młody Cal przechodzi trening Jedi pod bacznym okiem swego mistrza Jaro Tapala.
Może i nie jest to The Force Unleashed, ale posługiwanie się mocą daje sporą frajdę
W grze możemy posługiwać się mocą przyciągając bądź odpychając od siebie obiekty, Cal potrafi również rzucić mieczem świetlnym, używać podwójnej wiązki podobnie jak swego czasu Darth Maul czy też stosować unikalne ciosy atakując dwoma mieczami naraz. Dzięki temu walka jest przyjemna i dość wymagająca, kolejny ukłon w stronę soulsów. Podczas rozgrywki możemy również urozmaicać swój miecz świetlny z elementów zebranych z różnych pochowanych na wszystkich planetach skrzyń i tak jesteśmy w stanie zmienić kolor wiązki, stop metalu z którego zbudowany jest miecz czy tez jego zakończenia. Szalenie fajna opcja, z której często korzystałem.
Nie zabrakło też drzewka umiejętności składającego się na trzy główne kategorie zdolności – Moc, Miecz Świetlny i Przetrwanie, dzięki którym możemy nauczyć głównego bohatera dodatkowych ciosów kończących, wzmocnić jego siłę, pasek życia czy też odblokować dodatkowe możliwości mocy. Każda z umiejętności wydaje się być tutaj dodania świadomie i nieprzypadkowo, wszystkie skille wpasowują się do rozwijającej się rozgrywki. Często też zastanawiałem się, którą umiejętność wybrać w pierwszej kolejności, bo większość z nich była po prostu atrakcyjna i przydatna w toku gry.
Świetna przygodowa produkcja w świecie Gwiezdnych Wojen ze stajni EA? Nie tym razem, ale może sequel będzie lepszy?
Niewątpliwym atutem produkcji ze stajni EA jest również kilka momentów mocno zapadających w pamięć jak chociażby wspinanie się na AT-AT po to by w końcu zasiąść za jego sterami i wziąć udział w świetnie zaprojektowanej bitwie. Muszę też wspomnieć o świetnym zakończeniu gry, które jest wykonane w iście hollywoodzkim stylu znanym z produkcji Naughty Dog, daje jednocześnie spore pole do popisu dla sequela, który zapewne już powstaje. Sama gra jako samodzielny produkt nie jest najwyższej jakości jednakże otwiera furtkę dla całej serii gier o młodym padawanie.
Jeśli EA wyciągnie z produkcji oryginału lekcje i pousuwa rzeczy, które po prostu irytowały to sam sequel może być już o wiele lepszą produkcją. Niestety, ale oceniając tytuł jako w pełni samodzielny produkt, a nie cześć czegoś większego muszę przyznać, że przez część czasu po prostu nudziłem się na siłę przemierzając dobrze mi znane już lokacje tylko po to by wreszcie dobrnąć do finału. Na szczęście klimatu Gwiezdnych Wojen nie zabrakło jak i również nawiązań do samego świata, bohaterów, co na pewno umilało mi dość nierówną rozgrywkę.