Nie będę pisał o tym jak bardzo Lily i Lana Wachowski nie chciały stworzyć kolejnej części Matrixa. Nie będę też pisał o tym, że to tak naprawdę tragedia śmierci rodziców Lany była tą iskrą, przyczynkiem, który zrodził potrzebę opowiedzenia kolejnej historii, m. in. po to by poradzić sobie z żałobą. Napiszę zaś o tyradzie Merowinga, znanego z oryginalnej trylogii, który w prześmiewczy sposób jedzie, między słowami, po najnowszej części Matrixa, a któremu niestety w toku recenzji będę zmuszony przyznać rację. Ten film leży i kwiczy i niech pozbędzie się nadziei ten, kto wchodzi do kina oczekując porządnej kontynuacji legendy. Tutaj jej nie znajdzie.

Dział marketingu otwiera szampana, chyba jako jedyny

Na samym początku muszę przyznać, że po obejrzeniu trailerów moje oczekiwania względem kolejnej iteracji Matrixa były dość wygórowane. Spece od marketingu wykonali kawał dobrej roboty, przez co tuż po ukazaniu się pierwszych trailerów cały internet pękał w szwach analizując klatka po klatce, z przodu, z tyłu, w zasadzie z każdej możliwej strony scena po scenie urywki filmu. Nic dziwnego, w końcu to Matrix, czyli seria filmów, które wręcz na analizie są oparte. To właśnie seria o wybrańcu, którego nigdy nie było oraz o wojnie maszyn z ludźmi, która nigdy nie stanowiła głównego wątku trylogii, choć na pierwszy rzut oka tak się większości widzom wydawało (więcej o tym pisałem TUTAJ) przyczyniła się do powstania niezliczonych teorii. Ludzie, wtedy po premierze pierwowzoru wychodzili z kina mając mętlik w głowie zadając sobie pytanie czy faktycznie nie żyją w świecie wirtualnym?

Źródło: Oficjalny zwiastun

Metafizyczność? Symulacja? To nie tutaj, to w zasadzie dość prosty film

Niestety, ale Matrix Zmartwychwstania tego podejścia nie kontynuuję, wcale. Mogę wręcz powiedzieć, że twórcy jakby zapomnieli, że filmy z tej serii zawsze dawały widzowi coś nad czym powinien się zastanowić. Najnowsza część nie daje nic w zamian, a wręcz zabiera. Zabiera całą zabawę analizowania i doszukiwania się prawdy. Twórcy postanowili, w dość nieudolny sposób, zabawić się konwencją i zamiast używać subtelnych porównań do poprzednich części po prostu żywcem wyciągnęli je z filmów, klatka po klatce i wkleili do części czwartej. Tłumaczone jest to, również w dość nieudolny sposób, stworzeniem modeli potrzebnych maszynom do nauki. Rozumiecie, maszyny analizując po raz setny scenę otwierającą oryginalnego Matrixa jednocześnie biorąc w niej udział, zbierają dane potrzebne do nauki zachowań behawioralnych jakimi kierowali się główni bohaterowie oryginalnej trylogii. To wytłumaczenie jest przyczynkiem do modelu prowadzenia fabuły całej pierwszej połowy filmu.

Pierwsza połowa filmu sprawiła na mnie wrażenie jakby stworzonej na siłę, w zasadzie to tak jakby sami scenarzyści nie rozumieli co tak naprawdę chcieli pokazać. Ogrom porównań do trylogii mozolnie pokazywany scena po scenie, nowe sceny nawiązujące do starych, nowi aktorzy nawiązujący do, a jakże, starych aktorów. Oglądając te pierwsze 60 minut odniosłem wrażenie jakby twórcy uważali nas za kompletnych idiotów, którym po prostu trzeba dobitnie pokazać te wszystkie porównania, jednocześnie wyjaśniając wszystkie wątki od razu, podając je na tacy. To nawet nie jest taca, a ogromna szufla oczywistości rzucanych w naszą stronę. „Hej głąbie, zobacz tak wyglądała trylogia, a teraz pokażemy Ci nową scenę porównując ją do starej, po lewej części ekranu coś co już było, po prawej coś nowego, ale w sumie to w dalszym ciągu to samo, ale w nowej szacie”. Tak, naprawdę, pierwsza połowa filmu właśnie tak wyglądała. Nieudolne granie na sentymencie i to w tak perfidny sposób, to nie jest nawet puszczanie oczka i granie na sentymencie, to jest potwarz dla inteligencji człowieka.

Źródło: Oficjalny plakat

Lekkostrawny blockbuster jakich pełno

Mam wrażenie, że twórcy bali się stworzyć coś nad czym widz będzie musiał pomyśleć, głęboko się zastanowić. Myślę, że kierowali się utartym stwierdzeniem, że widz z końcówki lat 90′ żywo wtedy pochłonięty kinem, potrafiący myśleć samodzielnie, już dawno umarł, a ten aktualny, przejawiający chroniczny brak skupienia powinien otrzymać coś lekkostrawnego tak aby mu się obwody w mózgu nie popaliły i aby mógł dalej bezwiednie przeglądać w spokoju social media. Co ciekawe sami twórcy w dobitny sposób śmieją się z przywar i nawyków aktualnego społeczeństwa i to podczas jednej z wymownych scen, w których spotykamy kluczową postać trylogii, Merowinga. Ten z rozgoryczeniem określa aktualne społeczeństwo jako to zatracone w trywialnych i mało kreatywnych czynnościach i zachowaniach. Jednocześnie ukazując swoją tęsknotę za wyższymi pobudkami jak sztuka, teatr czy książki. Przerażające dla mnie było to, że ten gość może mieć rację. Myślę, że jesteśmy coraz głupsi i ten film jest tego jakby potwierdzeniem. To kolejny blockbuster mający zabawić widza zamiast wprawić go w zakłopotanie i zadumę, film nad którym trzeba pomyśleć, zastanowić się.

Ciekawsza druga połowa filmu oraz obalenie kilku teorii

Druga część Zmartwychwstań jest już o wiele lepsza, taki powiew świeżości mający uratować film przed samozaoraniem. Pojawiają się ciekawe wątki, twórcy wyjaśniają co wydarzyło się po finale Rewolucji, jak i dlaczego powstała kolejna iteracja (siódma jeśli dobrze pamiętam) Matrixa oraz czym różni się od poprzednich. Jest również i zabawa czasem i to ukazana w dość pomysłowy sposób. Niestety, ale i tutaj ponownie pojawiają się schematy znane z oryginalnej trylogii choć podane w lekko innej formie. Nie zmienia to faktu, że wiele teorii powstałych po 2003 roku zostało obalonych czy też potwierdzonych właśnie w drugiej połowie filmu. Osobiście mocno mnie to usatysfakcjonowało i uszczęśliwiło, bo ja po prostu lubię te wszystkie teorie stworzone przez fanów. Weźmy chociażby tą o Matrixie w Matrixie mówiącą, że nigdy tak naprawdę świata realnego nie było, a Syjon to była po prostu kolejna symulacja. Czy ta teoria została obalona lub potwierdzona? Tego Wam nie powiem, musicie to zobaczyć sami, aż takim prostakiem nie będę.

Źródło: Oficjalny zwiastun

Sceny walki to choreograficzny chaos i zlepek scen

Zostawiając ten wątek w spokoju przejdę teraz do scen walki oraz ogólnie do scen akcji zaprezentowanych w filmie. I tutaj naprawdę chciałbym powiedzieć, że choć fabuła samego filmu jest miałka to przynajmniej dużo się w nim dzieje, a choreografia walk stoi na wysokim poziomie. Niestety wcale tego nie powiem. Sceny walki są mało ciekawe, brakuje w nich dobrych ujęć. Kino od końca lat 90′ rozwinęło wiele ciekawych pomysłów na montaż, ujęcia, zabawę kolorami, grą światłem i półcieniem. Zresztą sam oryginał z 99′ był swego czasu filmem rewolucyjnym m.in. pod względem montażu. Twórcy kompletnie o tym zapomnieli serwując nam kolejny zlepek scen, które już gdzieś kiedyś widzieliśmy w innych blockbusterach. Na pewno brakuje mi w Matrix: Zmartwychwstania długich ujęć, szczególnie przy scenach walki. Niestety, ale mocno widać ucięcia poszczególnych scen maskujące słabą choreografię, a wystarczyło trochę się postarać i nagrać dłuższe ujęcie. Dłuższe ujęcia są o wiele trudniejsze, to taka kwintesencja miłości do kręcenia filmów, zapamiętajcie to sobie. Doskonale widać to m.in w jednej ze scen Chłopców z Ferajny w reżyserii Martina Scorsese, w której to jeden z głównych bohaterów przemierza klub Copacabana podczas gdy kamerzysta idzie za nim nakręcając całą scenę podczas tylko i wyłącznie jednego ujęcia. Myślę, że nie zastosuję tutaj hiperboli mówiąc, że właśnie ta scena, z tego legendarnego gangsterskiego filmu lat 90′ miała w sobie więcej ciekawej historii niż pierwsze 60 minut najnowszej części Matrixa.

Świetne romansidło do poduchy. Że co proszę?

Matrix: Zmartwychwstania jest w zasadzie dość zwariowanym filmem romantycznym. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest kolejne „Kocha, Lubi, Szanuje” (świetny film, o którym pisałem TUTAJ, polecam), ale tak, pojawiają się w nim wątki romantyczne. W zasadzie nie powinno to nikogo dziwić, bo przecież w każdej części takich mogliśmy doświadczyć i nie byłoby w tym nic złego, bo w najnowszej części to dość rozbudowany wątek rozwijający się przez praktycznie cały film. Niestety, ale o ile poprzednia trylogia broniła się w wielu aspektach takich jak akcja, historia, choreografia walk, aluzje, skojarzenia, półsłówka, świetna praca kamery czy też gra cieni, tak już najnowsza część w zasadzie unosi się tuż ponad taflą wody w głównej mierze z uwagi na wątek romantyczny. Sądzę, że nie tak powinien wyglądać kolejny Matrix.

Końcówka filmu sugeruje stworzenie kolejnych części, może i nawet kolejnej trylogii. Pytanie tylko czy faktycznie będzie ona, podobnie jak część czwarta, komukolwiek potrzebna? Ja po obejrzeniu Matrix: Zmartwychwstania z całą pewnością mogę odpowiedzieć, że nie. Gdyby to był kolejny blockbuster z widowiskowymi scenami opowiadający o czymś innym, wtedy myślę, że byłbym na tak, ale to jest Matrix, legenda, a oni go po prostu popsuli.

Oceniam na 5,5/10!

 

5 1 vote
Oceń Post
Subscribe
Powiadom o

8 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Janusz
2 lat temu

Musisz po prostu obejrzeć 10 lub 100 razy jak poprzednie. 😀

Blog Ozonee
2 lat temu

Niestety dla mnie też ten film jest nieudany… A szkoda, miał potencjał. Jedyny plus to że dobrze sprawdził się na randkę 😀

Anna
3 lat temu

Czytalam bardzo rozne opinie na temat czwartego Matrixa…

Pojedztam.pl
3 lat temu

Szkoda, że ten film w Twoim odczuciu jest średni.